ZNP szkodzi nauczycielom!
Nauczycielki, nauczyciele, przedszkolanki i przedszkolankowie (???) – czyli cała ta brać ucząca dzieci nim te pójdą na uniwerek/polibudę albo do pracy – postanowili dać do zrozumienia, już po raz któryś z rzędu, że chcą zarabiać więcej. Cóż coś w tym niewątpliwie jest – edukacja jest szalenie ważną dziedziną, a należyte jej dofinansowanie jest, a przynajmniej powinno być, priorytetem każdej władzy. Warto więc zadać sobie pytanie: czy teraz dobry nauczyciel zarabia tyle ile powinien, tzn. tyle ile jego praca jest warta z punktu widzenia całego społeczeństwa?
Nie, nie mam zamiaru zostać kolejnym bloggerem, który lamentuje jaki to system oświaty jest Be (przez duże b) i wylicza kolejno wszystkie jego mankamenty. Większość Polaków zapewne negatywnie odpowiedziałaby na zadane wyżej pytanie. Pewien Amerykanin powiedział kiedyś, że fundamentem demokracji jest szukanie winnych i publiczne im złorzeczenie, więc (skoro demos rządzi i u nas) postaram się wskazać palcem i nazwać imiennie odpowiedzialnych za nie najlepszy stan polskiej oświaty.
I bynajmniej nie wskażę, za politykami z lewa i prawa, Katarzyny Hall jako winowajcy obecnego stanu rzeczy. Primo przez pół roku trudno coś zmienić w tak drażliwiej kwestii jak oświata, secondo mimo swoich wad ta pani ma pewne zasługi w walce o poprawę sytuacji szkolnictwa, mianowicie nie uległa żądaniom Związku Nauczycielstwa Polskiego.
To właśnie na związkowcach ląduje część winy za zaistniałą sytuację. Z jednej strony chcą zarabiać więcej, a z drugiej utrzymać wszystkie przywileje z emeryturami pomostowymi na czele. I o ile wyższe zarobki dla nauczycieli wydają się sensowne, jeżeli spojrzeć ile zarabia się w innych, nie wymagających wykształcenia, zawodach, o tyle wcześniejsze emerytury to już lekka przesada – co to nauczyciel ma aż tak trudną pracę? Niebezpieczną dla zdrowia? Zagrażającą życiu biedaczków? Przy całym szacunku, jaki należy się belfrom na takie specjalne przywileje nie zasługują. Na wyższe zarobki – owszem. I licho tkwi w tym, że i tego i tego mieć nie można. Dlaczego? Odpowiadając trywialnie – z pustego i Salomon nie naleje. Przywileje zawarte m.in. w Karcie Nauczyciela kosztują wiele mld zł.
Okej, więc nauczyciele zrzekną się przywilejów i w nagrodę dostaną więcej złotóweczek co miesiąc na konto, tak?
Nie do końca…
Zanim na szkolnictwo przeznaczy się większe nakłady pieniężne należy je zreformować. Do dziurawego zbiornika nie leje się wody tylko łata dziury (tudzież kupuje nowy zbiornik). Problemem w szkolnictwa jest niska wydajność niektórych belfrów – nieadekwatnie do innych nauczycieli krótki czas przygotowywania się do lekcji i olewanie swych podopiecznych co przekłada się na mizerne wyniki edukacji. Dam przykład. Od czego powinna zależeć pensja nauczyciela? Od stażu, stopnia, godzin poświęconych na uzyskanie różnych papierków, jak to jest obecnie? A może od tego jak dobrze wykonuje on swój zawód, czyli jak dobrze naucza? Można to bardzo prosto zmierzyć – wyniki uczniów na standardowych egzaminach po zakończeniu każdej szkoły, zainteresowanie ucznia przedmiotem, ilość przyswojonych i zrozumianych informacji (w przeciwieństwie do informacji zakutych bez zrozumienia). Tak, powiecie sobie pod nosem, to utopia. W praktyce nie da się obiektywnie sprawdzić każdego nauczyciela pod takim kątem i adekwatnie wyliczyć mu wynagrodzenia. Zgadza się jest to prawie niemożliwe. Ale za to szkoły się już da w ten sposób ocenić i można w bardzo prosty sposób zróżnicować pieniądze przekazywane poszczególnym szkołom poziomu ich nauczania, co pośrednio wiąże się z lepszym wynagradzaniem lepszych nauczycieli (w końcu poziom szkoły z murów i zaprawy się nie bierze).
Bon edukacyjny. Każdy rodzic dostaje na swoje dziecko bon, o zmieniającej się i ustalanej na każdy rok wartości, pokrywający koszt wykształcenia swojej pociechy. Taki rodzic zanosi przy zapisywaniu dziecka do wybranej szkoły ów bon na podstawie którego szkoła otrzymuje na wykształcenie ucznia fundusze. System prosty, tylko po co on? Ano po to, żeby wprowadzić w szkolnictwie wolną konkurencję. Skoro więcej pieniędzy/uczniów dostanie lepsza szkoła zatrudniająca lepszych nauczycieli zarobki takowych zdecydowanie wzrosną, a każdy belfer będzie się przy prowadzeniu lekcji starał jak najlepiej przygotować ucznia. Kwiatuszki każące swoim chłonnym wiedzy uczniom przepisywać bezmyślnie książkę do zeszytu, albo opowiadające przez całą lekcję o oczku w rajstopach miast o Kazimierzu Wielkim (oba przykładu autentyczne i co gorsza nieodosobnione) dalej będą zarabiać marnie.
Dopiero po takiej zmianie znaczne zwiększenie nakładów na oświatę nabierze sensu. I mimo że bon edukacyjny leży w interesie większości nauczycieli to związki będą się przed nim bronić jak diabeł przed wodą święconą. Taka natura związków, że myślą przede wszystkim o sobie (co już samo w sobie wypacza sens ich istnienia), ale gwałcenie interesów reprezentowanego przez siebie środowiska, niedopuszczanie do konsensusu, upór w utrzymaniu zgubnych przywilejów to już nie jest błąd liderów związkowych – to otwarta walka ZNP z nauczycielami!
Tags: edukacja, gospodarka, Hall, liberalizm, oświata, polityka, strajk, ZNP
You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.
marzec 30, 2009 at 10:21 am
[...] Original post by jwyszynski [...]