Wszyscy chórem – NIE dla religii w szkołach
Sytuacja znana z części polskich liceów: podczas gdy 60% klasy udaje się na zajęcia pozostali uczniowie mają ‘okienko’, które przeznaczają na odrobienie zaległych prac domowych, szwędanie się bez celu lub robienie dowcipów pogrążonym w nauce kolegom. Właśnie zaczęła się lekcja religii, a żeby być ścisłym lekcja katolicyzmu.
Dla ludzi niepodzielających wyznania większości Polaków sytuacja jest prosta – nie chodzą, bo nie wierzą. Wierzący za to stają przed dylematem: albo uczęszczać na zajęcia, co w niektórych parafiach wymagane jest do załatwienia ślubu kościelnego, albo odjąć sobie z planu 2 godziny zajęć i uwolnić się od trudnych sprawdzianów z historii Kościoła. Często osoba katechety, poirytowanego podejściem uczniów do prowadzonych przez niego wykładów, przechyla szalę na korzyść labowania.
Religii w szkołach, jako przedmiotu nauczania, być nie powinno. Pomijając argumenty wysuwane przez lewicę o świeckości państwa i równouprawnieniu ludzi innych wyznań (w czym trochę racji jest) – wiele razy o tym nasz polski prawie-Zapatero mówił – poruszę temat z innej strony: sami katolicy powinni naciskać na likwidację obowiązkowej nauki tego przedmiotu.
Religia sprowadzona do kolejnego przedmiotu nauczanego w szkole traci swój wymiar duchowy, zdarty zostaje z niej ten mistyczno-sakralny wymiar dzięki któremu wierzący naprawdę wierzą, a nie tylko odbębniają kolejne msze. A sprowadzenie nauczania katechizmu do roli przedmiotu luźnego, który często jest przeznaczany na pogaduchy i odrabianie zadań domowych z innych przedmiotów przyczynia się pośrednio do obniżenia w świadomości nieumiejętnie i na siłę ewangelizowanych duszyczek ważności religii i postrzegania jej jako, trywialnie mówiąc, rzeczy „lamerskiej”, mało poważnej.
Do takiego wizerunku przyczyniają się katecheci, bardzo bardzo często nieprzygotowani do stawienia czoła klasowemu stadu. Katecheta pokazujący gest Kozakiewicza wychodzącemu uczniowi, na prośbę o dziennik reagujący zdaniem „nie poganiaj mnie bo się spocę”, lub dająca sobie wchodzić na głowę katechetka prosząca przez 40 minut o pozwolenie na sprawdzenie obecności – to wszystko przykłady autentyczne, jednako pogarszające postrzeganie wizerunkowe Kościoła Katolickiego i zniechęcające do praktyk religijnych.
W szkołach katecheza swoich funkcji nie spełnia, więc dlaczego nie przenieść jej do przykościelnych salek? I wilk syty – chcący partycypować w życiu religijnym katolicy poślą swoje pociechy do szkółki, i owca cała – nie podzielający wiary większości społeczeństwa nie będą zmuszani do uczenia się katolickich dogmatów (rezygnacja z religii w podstawówce, czy gimnazjum to dobrowolne skazanie się na ostracyzm), ani nie będą dostawać w nagrodę za swoje poglądy 2 godzin nauki mniej.
W szkółkach przyparafialnych nauka będzie o wiele efektywniejsza, uczący księża nie będą musieli borykać się z obecnymi w każdej klasie zgrywusami i rozrabiakami niezwykle skutecznie potrafiącymi rozbić każdą lekcję – a nadmienić należy, że takowi z wyjątkową zaciętością niszczą zajęcia traktowane jako dodatkowe, a więc religię w szczególności.
Tags: kościół, nauczanie, religia
You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.