Fałszywa apokalipsa liberalizmu

I oto na niebie pojawił się Znak, a była nim przekreślona litera S ($) spadająca w otchłań, pogrążony przez spekulantów symbol liberalnej gospodarki. I wtedy wystąpił z tłumu Odnowiciel, Nowy Ład zrzucający na barki wszystkich amerykanów odpowiedzialność za błędy finansowych królów, a ciężar tego długu będzie przygniatał wiele pokoleń. A imię jego brzmi George W. Bush.

Ostatnio na świecie można zaobserwować niespotykany nawet w czasach biblijnych wysyp proroków zagłady. Jeden po drugim wygłaszają swoje strasznie brzmiące przepowiednie wieszczące upadek idei liberalnej gospodarki, spotkałem się nawet z opinią jednego z brytyjskich publicystów ekonomicznych wywyższającą chiński model polityczno-gospodarczy ponad „liberalną” politykę Zachodu. Zauważyliście cudzysłów w jaki wziąłem słowo liberalną? Właśnie. Źródła kryzysu leżą nie w prawach rynkowych, lecz w ingerencji państwowej w wolny rynek. Twierdzenie, jakie przeczytałem na jednym z blogów na wordpressie „niewidzialna ręka wolnego rynku pcha nas ku zagładzie” wymaga uzupełnienia. Niewidzialna ręka wolnego rynku pcha nas ku zagładzie, poganiana przez rękę regulujących rynek instytucji z batem w ręku. To polityczna ręka FEDu (amerykańskiego banku rezerw federalnych, odpowiednika polskiego NBP) sztucznie stymulując wzrost gospodarczy i popyt na kredyty przez obniżenie stóp procentowych do legendarnego 1%, była głównym czynnikiem sprowadzającym na USA apokalipsę.

Prorocy z tryumfem wypisanym na twarzy ogłaszający koniec złudnych idei wolnego rynku w istocie sami są obłudnikami, nazywając rynek po części regulowany rynkiem wolnym. Nazwać USA za kadencji Clintona i Bushów prawdziwie liberalnym rynkiem to jak nazwać Morze Bałtyckie największym oceanem na świecie – faktycznie jest relatywnie duże w porównaniu do jezior, większość zwykłych ludzi, gdyby nie informacje wyniesione ze szkoły, nie potrafiłaby ocenić wielkości tegoż zbiornika w porównaniu z np. Atlantykiem stojąc na brzegu. A więc uwierzyłaby, że Morze Bałtyckie jest w istocie największym zbiornikiem wodnym świata, gdyby im tak jeden ekspert z drugim powiedzieli.

Nie, nie twierdzę, że liberalna gospodarka jest modelem idealnym. Jest za to najwydajniejszym i najbardziej elastycznym, dopasowującym się do zaistniałej sytuacji. Za tą wydajność i elastyczność płaci się okresowymi tąpnięciami, które są rzeczą jak najbardziej normalną – hossa na rynkach wpływa na euforyczny nastrój inwestorów (szał inwestycyjny) i przeszacowanie wartości aktywów, które z kolei  prowadzą do sytuacji w której musi nastąpić korekta oderwanych od rzeczywistości cen. Korekta zwykle odbywa się bezboleśnie, ot w telewizji paru maklerów ponarzeka, kilka firma czeka restrukturyzacja, kilka nawet upadnie, część kapitału zmieni właścicieli. Po pewnym okresie czasu i paru złamanych karierach wszystko wraca do normalnej sytuacji, czyli wzrostu. Tak wygląda sytuacja na rynku akcji, tak wygląda sytuacja na rynku nieruchomości. I w przypadku USA tak by wyglądała, gdyby nie kilka fatalnych decyzji tamtejszych decydentów. Głównym winnym jest pan Alan Greenspan, były szef FEDu, którego działania (m.in. wspomniane wcześniej 1% stopy) doprowadziły do stymulacji gospodarki przez praktyczne dotowanie przez bank centralny udzielonych kredytów i utratę zdolności faktycznej oceny zdolności kredytowych kredytobiorców. W takiej sytuacji przeszacowane ceny szły jeszcze bardziej w górę, bańka spekulacyjna miast pęknąć, gdy była jeszcze mała osiągnęła monstrualne rozmiary.

Niemniej odpowiedzialni są amerykańscy politycy, którzy uchwalali coraz szersze regulacje rynków, które doprowadziły do tego, że niektóre firmy zyskały jeszcze bardziej dominującą pozycję, a niektóre utraciły możliwość podjęcia rywalizacji z największymi instytucjami finansowymi w zakresie konkurencyjności (dużym łatwiej spełnić skomplikowane wymagania), więc postanowiły zdobyć swój udział w rynku przez bardzo ryzykowne inwestycje. Kredytowe El Dorado po pewnym czasie sprawiło, że i te najbardziej szanowane, wiarygodne banki postanowiły podłapać nowy trend i przejąć rynek (niezwykle intratny) ryzykownych inwestycji. I boom, spajt po splajcie, a potem plan przedłużenia kryzysu i uniemożliwienia regeneracji gospodarki forsowany przez administrację Białego Domu.

Morał: regulacje powinny być bardziej restrykcyjne, ale węższe pozostawiając co się da wolnemu rynkowi i konkurencji.

Explore posts in the same categories: Bierzące, Ekonomia&Gospodarka, Europa, USA

Tags: , ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

Comment: